Pierwszy listopada
Pierwszego listopada jest dniem Wszystkich Świętych. Tego dnia chodzimy na cmentarze, zapalamy znicze naszym bliskim zmarłym. Cmentarze roją się od ludzi, którzy nagle przypominają sobie o zmarłej rodzinie…
Wielu twierdzi, że pierwszy listopada jest dniem smutnym – to prawda, z tym, że gówno prawda. Powinniśmy cieszyć się razem z tymi, którzy są już po drugiej stronie. Ale nie o tym mam zamiar pisać.
Wokół cmentarzy na pozycjach bojowych ustawieni są sprzedawcy kwiatów i zniczy – bardzo dobrze, nie każdy mógł się w nie zaopatrzyć wcześniej. Parkingi, pobocza i chodniki są zajęte przez samochody. W autobusach i tramwajach tłok. Gdybyśmy kupili znicze i kwiaty wcześniej groziłaby nam długa i męcząca wędrówka z parkingu lub przystanku do Parku Sztywnych.
Jedyną rzeczą, której absolutnie nie mogę znieść i nie akceptuję jest obecność sprzedawców balonów, cygańskich budek z żarciem i innych idiotów, którzy chcą zarobić w podobny sposób. Zaczyna się, gdy znajduję się w odległości 100-200 metrów od cmentarza – w nos uderza mnie ohydny zapach starych parówek (zawartość: mięso – 5%, odpadki, w tym: papier toaletowy, stare zapałki, paznokcie, szczurze ogony, cygańskie dzieci – 95%) i niezmienianego od stuleci oleju. Nie rozumiem, jak ktokolwiek może się żywić takim gównem. Po skonsumowaniu takiego „posiłku” mamy sporą szansę na dołączenie do grona osób znajdujących się dwa metry pod ziemią. Jakimś wytłumaczeniem, niestety za słabym, jak dla mnie, może być to, że ludzie muszą coś jeść. Pewnie, że muszą! Niech wezmą ze sobą kanapki, batony lub inne jadło.
Podchodząc bliżej jestem wstanie coraz wyraźniej usłyszeć krzyki dzieci: „Mamo! Ja chcę balona!”. Tak, unoszące się wysoko, wysoko balony cieszą się niezwykłą popularnością. Najbardziej podobają mi się te w kształcie Myszki Miki i Kaczora Donalda (brr… dobrze, że nie w kształcie Tuska…). Dzieci cieszą się tymi balonami zwykle przez 5 do 10 minut, potem kawałek folii ze sznurkiem wypełniony helem leci wysoko w chmury.
Wmieszany już w motłoch obserwuję mijających mnie ludzi z zawieszonymi na szyi sznurkami, na których znajduje się coś przypominającego pieczywo. Dzieci z lubością zajadają się tymi suchymi wiórami z dziurą. Upieczone miesiąc temu, trzymane w brudnych magazynach i sprzedawane przy ruchliwej ulicy – mniam! Rozłożone na straganie wystawione są na działanie czynników zewnętrznych takich jak: deszcz, spaliny, kichający ludzie, srające ptaki. Niejednokrotnie można zauważyć dziecko podnoszące z ziemi ten smakołyk – bo nic się zmarnować nie może…
Po przekroczeniu bram cmentarza ogarnia mnie wrażenie spokoju – nic bardziej mylnego! Słyszę dyskusję ludzi spacerujących obok mnie lub stojących przy grobach. Mówią o tym, kto ma więcej zniczy, kto kupił więcej kwiatów, kto za ile ma pomnik, kto ma wygodniejszą ławeczkę… „Józek patrz! Oni mają dwa znicze żółte, jeden czerwony i jeden zielony! Niektórzy to się nigdy nie nauczą!”, „O, te kwiaty to kosztowały z 30 zł. Jebani…”. Pewnie nie uwierzycie, ale to autentyki.
Czekam tylko, aż koło cmentarzy będą stacjonowały wesołe miasteczka i cyrki. Może kiedyś będziemy mogli kupić znicz z pozytywką – Ich Troje: „Wstań, powiedz nie jestem sam…”? Już teraz możemy kupić nagrobek z monitorem. Przez pendrive’a wgrywamy zdjęcia i możemy szpanować. Cudnie.
A może po prostu będziemy nawiedzać cmentarze po to, aby zastanowić się nad swoim życiem, wspomnieć naszych zmarłych i przeżyć chwilę refleksji?

Gratuluję Ci świetnego wpisu. Czytając to wydaje mi się jakby to wlasnie ja to powiedział i napisał – świetnie to wszystko ująłeś!