Ostatnio na Twitterze
  • Festiwal Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego zaliczony :)
  • #WordPress with rel="category tag" + #HTML5 validation = Errors ;/
  • ReTweet if you also think "background: #f00" and "border: 1px solid #f00" are the Ultimate CSS Debugging Tools.
  • Siedzenie w szkole na dwóch godzinach wychowawczych pod rząd nie ma sensu
  • http://bit.ly/lLMaU4 WPtouch - świetny plugin do #WordPress

Nadetatowi parkingowi

parkingowi

Jeździłeś kiedyś po centrum miasta w godzinach szczytu? Wielominutowy postój w gigantycznych korkach, które wyglądają niczym złośliwy tasiemiec nie jest najgorszy. Nawet debile, którzy nie ustąpią, nie przepuszczą Cię, kiedy chcesz skręcić, włączyć się do ruchu od jakichś 10 minut, nie są tacy źli. Istnym przerażeniem i trwogą napełnia ducha dopiero fakt zaparkowania i zostawienia samochodu.

W tym momencie właściwym wydaje się, abym złożył pewne wyjaśnienie. W notce tej nie chodzi o przyłączenie się do powszechnego biadolenia odnośnie braku miejsc parkingowych. O nie, nie, nie moi mili. Nie jestem zwolennikiem zamiany każdej wolnej przestrzeni w mieście na parking. Wbrew pozorom liczba miejsc przeznaczonych do pozostawienia samochodu jest wystarczająca i każdy średnio rozwinięty kierowca powinien jakoś sobie na mieście poradzić. Dziś chciałem zwrócić uwagę na zupełnie inny problem.

Jak byłem mały (ha,ha) i jeździłem z tatą, w chwili parkowania podchodził do nas Pan lub Pani (najpewniej zatrudnieni przez Urząd Miasta) i zbierali opłatę za zaparkowanie pojazdu w miejscu do tego wyznaczonym. Pomysł fajny – opłata nie za duża, jakiś grosz do UM wpadał, ktoś miał pracę i dorabiał na emeryturze. Później, w ramach oszczędności ludzie zostali zastąpieni przez parkometry. I niby wszystko git.

Jednak każdy, kto kiedyś zaparkował gdzieś na Śródmieściu, starej części Polesia musiał się natknąć na swoisty element tamtejszego folkloru. Mianowicie, kiedy już wysiadasz z samochodu i kierujesz się do miejsca przeznaczenia za plecami słyszysz:

- Kierowniku, może popilnować?

Zaskoczony, odwracasz się i stwierdzasz, że ten przepity, pozbawiony wyrazu i świadczący o głębokiej życiowej degrengoladzie głos należy do Pana ubranego w kurtkę adiddasa, która lata świetności ma już dawno za sobą. Patrząc na spodnie, nie możesz stwierdzić z jakiego materiał zostały wykonane. Na gwiazdy i niebo, czy to jest ortalion, drelich, sztruks, czy dżins? Buty były kiedyś zapewne traperami, jednak  pozbawione są sznurówek a podeszwy odklejają się od całości. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się, kto okrada puszki PCKa na odzież, stoi przed Tobą odpowiedź.

Pan ma na oko jakieś 25-30 lat. Za nim stoi reszta wesołej ferajny, stąd możesz sobie pozwolić na wniosek, że rozmawiasz z najinteligentniejszym „właścicielem” parkingu. Wyciąga bezczelnie do Ciebie rękę i bez żadnego zahamowania i cienia zażenowania składa ofertę nie do odrzucenia:

- Popilnujemy, Kierowniku wspomóż czym możesz. My przypilnujemy, ale daj ze 2,50.

Mówienie przychodzi mu z trudem. Odnosisz wrażenie, że krtań nie jest przystosowana do tak elokwentnej i uprzejmej wypowiedzi (w postrzeganiu tego Pana), a w mózgu toczy się istna wojna, aby zmusić szare komórki do podjęcia wysiłku sklecenia jakiegoś zdania, które nie będzie brzmieć „błebłełe ku*** łełe nie pie***, bo w ryj”.

Zamurowany, sięgasz w pierwszym odruchu do kieszeni. Walczysz sam ze sobą, chcesz wyrazić swój sprzeciw, krzyknąć kilka inwektyw, bo tylko taki język będzie zrozumiały. Nie chcesz się zgodzić na ten złodziejski proceder, na jawny parazytyzm. Przecież postępowanie tego człowieka kłóci się z wszelkimi normami wychowania, współżycia i z czymkolwiek jeszcze chcesz. Nagle widzisz swój samochód bez lusterek, ozdobiony uroczym szlaczkiem na karoserii.

Zrezygnowany, szukasz drobnych. Modlisz się żeby tylko nie wyciągnąć jakiegoś „piątaka”, bo za taki majątek możesz mieć przekrzywiony nos. „Właściciel parkingu” po otrzymaniu „wynagrodzenia” za swoją „pracę”, oddala się z resztą „pracowników”. Stoisz skonfundowany przez chwilę. Ogarniasz wzrokiem wszystkie te liczne samochody i stwierdzasz, że godzinny zarobek musi wynosić… bardzo dużo.

Możesz przyjacielu stwierdzić, że te dwa złote to nie jest dużo. Owszem, nie jest. Jednak po przejściu 5 metrów musisz ponownie uiścić daninę, bowiem napotykasz parkometr.

Parkingi miejskie są terenami, którymi rozporządzają władze miasta. Stąd powinny być zadbane i przyjazne dla mieszkańców. Opłata, jak pisałem wcześniej, nie jest wygórowana, ale na wszystko, co święte jakieś elementarne standardy powinny być zachowane. Czyli nie zostawiamy samochodu na polu, które przeorane jest dziurami niczym transzeje, rodem z czasów Wielkiej Wojny. I czemu, do ciężkiej Haliny z bagien, czemu nasze władze pozwalają na to, żeby spokojni ludzie byli nagabywani, zaczepiani przez jakichś bandytów?

Nie miałbym nic przeciwko temu, i nie mam, żeby pomagać ludziom. Jeśli podchodzi jakaś staruszka i sprzedaje nam cebulę, płacząc, że nie ma na leki i życie (w co jestem skłony uwierzyć, patrząc na postępowanie obecnego gabinetu p. Tuska) to grzechem jest takiej osobie nie pomóc. Ale kiedy nagabuje nas jakiś baran, który mógłby zbierać puszki, pracować w MPO, sprzątać ulice, czy dorabiać gdzieś na czarno i próbuje nam wmówić, że chce na zupę, to jednak człowiek ma prawo wymagać, aby takich ludzi usuwano z przestrzeni publicznej. Mam na myśli właśnie parkingi, chodniki w okolicach bankomatów (właściwie chodniki pod bankomatami, bo tam żule się rozkładają na gazetach), przystanki autobusowe.

Piękny przykład. Pewna cześć terenu Manufaktury sąsiaduje z terenem Urzędu Miasta – a dokładnie Urzędem Skarbowym. Manufaktura i US oddzielone są od siebie kawałkiem trawnika o szerokości może dwóch metrów. I teraz niech mi ktoś wytłumaczy, czemu na terenie Manu możesz spokojnie zostawić samochód, a  dwa metry dalej nie? Mimo, iż pod US jest full wolnych miejsc, wszyscy walą na parking Manu.

Oczywiście, można argumentować, że ochrona Manu to prywatna firma, której pracownicy w sposób dosadny  i skuteczny – jak widać – mogą wytłumaczyć, że w tym miejscu nie można stać i nie można pilnować cudzych aut. Tylko UM zatrudnia panny i panów,  formując z nich oddziały paramilitarne zwane „straż miejska”. Czemu oni nie mogą dbać o nasze bezpieczeństwo, tylko pilnują fontanny na pl. Dąbrowskiego i Bóg wie jeszcze czego? Argumenty o treści: musimy mieć zgłoszenie, żeby podjąć działania, każdy człowiek może stać, gdzie chce, itp. są śmieszne i obrażają mnie sugerując, że jestem człowiekiem o poziomie IQ gaśnicy. Jeśli funkcjonariusze straży miejskiej nie mogą dbać o bezpieczeństwo na parkingach zawsze można oddać je pod zarząd osoby prywatnej. Podwójne szczęście. Parking zadbany, ja szczęśliwy. Ktoś ma pracę. Żuli brak.

Moja ulubiona przygoda z rodziny „parkingowych” miała miejsce jakiś czas temu.
W godzinach wieczornych pojechałem po bliską mi osobę, żeby odebrać ją z pubu. Zaparkowałem na parkingu przy ulicy Narutowicza, mały kwadrat ziemi na przeciwko znanej szkoły językowej w Łodzi. Była sobota, po godzinie 22.00, stąd nie było konieczności odwiedzenia parkometru. Były to piękne dni, kiedy jeszcze paliłem, stąd naszła mnie ochota na „dymka”.
I już byłem jedną połówką ciała poza samochodem, kiedy spostrzegłem cztery osoby siedzące nieopodal na murku. Patrzyli się na mnie, jak… sam nie wiem, głodne wilki na zbłąkaną owcę, dewotki oglądając zejście zbawiciela na świat. W każdym razie zrezygnowałem z papierosa niesiony myślą, że zaraz będę zmuszony dokonać „pokerowego rozdania” częstując każdego żula. Zostałem w samochodzie, kątem oka obserwując moich „kolegów”.

Po chwili jeden z nich wstał, podszedł do parkometru, nacisnął guzik. Sprawdził chyba godzinę, po chwili odszedł. Po paru minutach powtórzył powyższą czynność. Krzyknął coś do kolegów, a tamci zareagowali zdziwieniem i złością. (na parkingu „stałem” już jakieś 10 minut). Dwóch z „parkingowych” wstało pośpiesznie, podeszło żywiołowym krokiem i stanęło za samochodem. Obserwowałem ich przez lusterka  i czekałem, nie ukrywam, że w pewnym napięciu. Panowie stwierdzili, że chyba jednak nie wyjdę z samochodu, stąd po jakichś 2 minutach jeden z nich powiedział:

- Ku*** Stefan, wychodzi, czy nie?!

Po czym podszedł do drzwi kierowcy i zastukał w szybę. „Zastukał”, to chyba słabe określenie, przywalił tak, że myślałem, iż będę miał nowy wydatek w postaci zakupu szyby. Zrezygnowany opuściłem szybę. Z miejsca zaatakował mnie słowotok, istna kanonada głosek, serie niczym z kałacha.

- Panie kochany, co łaska, na zupę – w tym miejscu pokazał mi słoik, w mordę, czy ja wyglądam jak jakiś debil i uwierzę, że on chce na zupę? – nie na wino (mhm, mhm) – tylko na zupę, bo tam mamy już zamówioną  – pokazuje ręką cztery strony świata na raz.

Coś tam jeszcze mówi, stęka, pluje, ale ja już nie mam sił. Wiercę się i szukam mamony. Nagle miłośnik „zupy o godzinie 22.00″ mówi coś, co wprawia mnie w osłupienie.

- Ale tak ze 2,50 daj, nie mniej, bo nam nie starczy.

No nie mogę… Co to jest się pytam? Taca księdza, co łaska, ale nie mniej niż ileś tam.

- Dam tyle, ile będę chciał – odpowiadam trochę ze śladem nerwowego śmiechu, co wywołuje u mojego rozmówcy grymas niezadowolenia na twarzy a u jego towarzysza jawne oburzenie. Dopiero teraz dostrzegam, że jest zalany w trupa.

Nachodzi mnie dziwne pragnienie. Nie wiedzieć czemu moje myśli biegną do bagażnika, w którym niewinnie leży klucz do zmiany opon. Taki fajny, z rozkładaną teleskopową rączką. A gdyby tak… No wiecie… W ramach czynu społecznego, jednemu i drugiemu panu, przy***** z takiego klucza po kolanach. Może jeszcze po stawach skokowych. Przecież, teoretycznie, nic im się nie stanie. Dzisiejsza medycyna czyni cuda, będą chodzić. Jako przykładny obywatel zadzwonię na policję. Przy składaniu wyjaśnień powiem, że żule mnie nagabywały, bardzo się przestraszyłem i zareagowałem w stresie i afekcie. Najwyżej jeden rok w zawiasach dostanę i przymus uczęszczania na terapię pt. „jak radzić sobie ze stresem”. I zachowam się jak prawdziwy Man, niczym Mel Gibson w Breavheart.

Jak zwykle, taki scenariusz pozostaje w strefie głębokich marzeń. Daję daninę, odjeżdżam wymyślając sam sobie od tchórzy i frajerów.

 

Podziel się!

Kliknij "Lubię to!", aby być na bieżąco!

O autorze

JEbaton

Dyskusja trwa - 3 komentarzy


Skomentuj

Odpowiedz (tylko pojedynczy post) Szukaj w Google