Hermetyczne dzieci
Szczelnie zamknięte. Opakowane. Przekonane o swojej wyjątkowości. Chodzące po ulicach w płaszczach utkanych z pustego poczucia izolacji, udawanego buntu. Oddzielone od innych wysokim murem z cegły. Każda cegła powstała z wyjątkowego, zabawnego wręcz budulca – marzeń, wyobrażeń o sobie i świecie.
Szczęśliwe. Ślepo zapatrzone w słowa swoich mistrzów: Wojaczków, Bursów, Babińskich. Zakochane w swoich idolach, którzy zakończyli życie dusząc się własnymi wymiocinami, dogorywając w alkoholowym tańcu, gdzieś poza granicami racjonalności, wściekając się na siebie, że w ten sposób kończy się zmarnowany przez nich czas.
Obrały tylko sobie znaną drogę, żyjąc w przekonaniu, iż jest ona niepowtarzalna i zapewni im namiastkę wielkości tych, którzy są dla nich wzorem i autorytetem. Patrzące na świat przez pryzmat swoich dokonań, sukcesów i często nabytej tytanicznym wysiłkiem inteligencji.
Każde z nich odseparowało się od innych. Męczyły te spotkania, na których wymuszony uśmiech gościł na twarzy, kiedy oczy rozpaczliwie nadawały S.O.S. Kiedy mózg bombardowany był nieistotnymi informacjami o prostym życiu. Nieznośnie prostym, pozbawionym zaściankowej ambicji, pchającej człowieka w obłęd bezcelowych przedsięwzięć, których ewentualne pozytywne zakończenie nic za sobą nie niosło. Dzieci nie dostrzegały w pozach swoich kolegów i koleżanek tego swoistego rodzaju bólu, który rozkosznie kształtował charakter. Upadków, które ukazywały prawdę jak zły i okrutny jest ten świat. Rozczarowań, dzięki którym uzmysłowić sobie można, jak śmieszne były wcześniej obrane cele. Do każdego dziecka w końcu docierała ta okrutna prawda. Prawda, że kiedy dziecko chciało otworzyć usta, aby coś powiedzieć, stwierdzało, że nie ma do kogo. Zarzuciło więc spotkania, imprezy, meetingY, beforY, aftery, melanże.
Trafiły do więzienia składającego się z czterech ścian, ozdobionych czasem czarnobiałymi wydrukami dzieł wielkich kubistów, ekspresjonistów, romantyków. Czarno-białymi nie po to, aby podkreślić rozpacz, cierpienie, krzyk istoty ludzkiej, ulotność magii wschodu słońca, czy chęć odnalezienia nowej perspektywy. Czarno-białymi, bo kolorowego tuszu szkoda. Jednak któż inny jest godny, aby wisieć na mojej ścianie niż Picasso, Monet, Munch! Na przedpotopowym, odziedziczonym po babci, wykonanym ze sklejki kredensie, dumnie piętrzą się pojedyncze egzemplarze tomików mających być namiastką wielkiej biblioteki prawdziwego humanisty, kupionych za ostatnie zaskórniaki, które mama dała na święta bądź urodziny.
Miejsce prawdziwych uczuć, miłości i przyjaźni, zajęły nocne fantazje o wielkich przygodach i romansach, których przebieg odzwierciedla serial „Przyjaciele”. Wtedy dziecko osiąga szczyty, zostaje profesorem, bohaterem wojny w Iraku, zabójcą Bin – Ladena, właścicielem wielkiej międzynarodowej firmy. Ma przyjaciół, jest lubiane. Ktoś się do dziecka uśmiecha, zadzwoni w dniu urodzin, zrobi imprezę niespodziankę. Wtedy dziecko może śmiało i bez ciężaru lęku podzielić się swoimi przemyśleniami, odkryciami, nicią filozofii snutą każdego dnia, w każdej chwili, w każdym zakamarku umysłu. Pojawia się w końcu ta upragniona postać, która rozumie wszystko, zna wszystkie sekrety i trwogi. Niesie ze sobą ukojenie i spokój, oddala wszelkie troski. Jest gloryfikacją całości pragnień, istnym lekarzem duszy. Posiada wszelkie boskie atrybuty, jakim dziecko może obdarzyć najważniejszą istotę w swoim życiu. Stanowi gloryfikację zmęczonego samotnością umysłu, jego największy sukces oraz największe pragnienie.
Każde z nich jest prezesem najlepszej firmy na świecie. „MAMA & TATA Inc”. Tak zabezpieczone na życie mogą oddać się bez reszty swoim ulubionym studiom, procesowi samodokształcania. Po jego zakończeniu glina, z której są zbudowani stwardnieje i staną się odporni na wszelkie ciosy głupoty i znieczulenia. Będą istnymi audytorami, stojącymi ponad wszystkim i wszystkimi. Nabędą zdolność kreowania świata i rzeczywistości. Ich duma urośnie o te kilka centymetrów.
I tylko to pozornie piękne życie nabiera elementu greckiej tragedii, a może komedii? Ta mądrość spijana przez nieprzespane noce z kart świętych ksiąg nie może zostać skonfrontowana z inną siłą wiedzy obcego intelektu. Nie udowodni swojej wyższości, skuteczności w działaniu. Nie pokona żadnego problemu, nie znajdzie wyjścia z nieskończonego labiryntu błędów i wątpliwości. Niewyćwiczona, napotykając pierwszą przeszkodę, podda się i oddali w mrok.
Piękny, kwiecisty język obfitujący w metafory, paralele, definicje nigdy do nikogo nie przemówi. Niewinne hermetyczne dziecko nikomu nie opisze piękna wiosennej łąki, pokrywającej się bujnym dywanem młodego kwiatu. Nie zachwyci przechodnia uwagą o sile zieleni uderzającej z parkowych drzew, o majestacie potężnych kasztanów, zmysłowym tańcu młodych akacji, zalotnych podszeptach jesionu, oczarowanego pięknymi owocami jarzębiny.
Kontakt z ukochaną osobą zastąpił bezmyślny, pusty gwałt dokonywany pod kołdrą każdej nocy. Dotyk kobiecej dłoni ustąpił miejsca szorstkości chusteczki higienicznej lub wilgoci mokrego ręcznika po zakończonym akcie.
A przecież ci, którymi Dzieci gardzą i od których się odsunęli, gardzą z większą siłą Dziećmi. Widzą życie Dzieci i wzbudza ono u pogardzanych nawet nie pogardę a politowanie. W swojej egzystencjalnej niedoskonałości i ślepocie codziennego zwierzęcego pędu, które to tak rażą Dzieci, dostrzegli oni paradoks życia hermetycznego. Wznosząc się na ten wyższy poziom, dzieci zapomniały o sprawach przyziemnych.
Bo jak patrzeć na człowieka, który nawet nie potrafi zarobić jakichkolwiek pieniędzy, aby kupić sobie książkę? Co można powiedzieć o kimś, kto żyje u swojej babci, pobierając z jej renty swoją rentę? Jak ocenić człowieka, którego zaradność życiowa oscyluje na poziomie ulicznego krawężnika?
Jak się czuje człowiek, który doszedł do tego umownego minimum, wyrażonego w tak podstawowych odnośnikach jak własna praca i pieniądze, samochód, telewizor, własne łóżko, a spotykając na swojej drodze hermetyczne Dziecko widzi w dziecięcych oczach ten piękny, jedyny w swoim rodzaju odcień wzgardy połączonej z litością i ubolewaniem. Pogardzani nie dostrzegają przecież tych wszystkich procesów socjologicznych, psychologicznych, „literackich”, politycznych – opisanych w licznych mądrych książkach z biblioteki. Jeśli nawet w polu widzenia pogardzanych znajdzie się ledwo żywy cień takowych zjawisk, ich prymitywne mózgi nie będą mogły odczytać prawdziwego i ukrytego znaczenia, poddając się magii złudzenia i powierzchowności.
Stąd u Dziecka przeświadczenie, że rozwiązanie wszelkich problemów nie ma sensu, gdyż wychodzą one na świat z uwagi głupotę pogardzanych. A jako, że samo Dziecko myśli o sobie „Ich bin last of the Mohicans” (ostatecznie „jestem zbawcą galaktyki) świat niezmiennie i stale zmierza ku zagładzie.
Dziecko, zamknięty w swoim świecie, wypełnionym uryną codziennego smutnego życia, wie doskonale w czym tkwią wszelkie problemy, które trawią niczym pasożyt dzisiejsze nacje!
Są to przecież bezrobotne jełopy, które nie wytwarzają żadnych dóbr: w pierwszej (i najważniejszej) kolejności kulturowych (wyższych), następnie (tu już kolejność jest obojętna) – fizycznych (materialnych), finansowych i żyją z dnia na dzień, licząc że pewnego dnia ich życie, niczym za sprawą czarodziejskiej różdżki odmieni się na lepsze.
Hermetyczne dziecko – osoba zamknięta w sobie, nosząca wszelkie znamiona kompleksów, urojeń i mani psychologiczno – maniakalnych. Odseparowana od innych ludzi z własnego wyboru, kierując się przeświadczeniem, iż oryginalność i wyjątkowość własna nie może współgrać z przeciętnością sąsiada z ławki, koleżanki z roku. W skutek własnych studiów nad materią życia i spraw bytu wszelkiego doszła ona do przekonania, że całość „ssie”, wszelkie niepowodzenia są winną złego systemu miar i wag wszelakich (a nie moją!) i jedynie dekadentyzm oraz nihilizm są postawami, które można uznać i wyznawać. W praktyce, straszenie niezaradne życiowo – problemy (załatwienie czegoś urzędzie, na poczcie, w banku) wymaga asystentury przynajmniej jednego z rodziców. Oczywiście „jestem fajny(a) i zajebisty(a) więc wszelka praca od stanowiska kierownika w dół jest dla plebsu a nie dla mnie, bo ja nie po to się tyle uczyłem(am), żeby nie być kierownikiem to nie pójdę pracować, bo to dla plebsu”. W tej sytuacji najlepszym źródłem gotówki są rodzice, ale to przemilczymy. Powyższa postawa łączy się z brakiem tak uniwersalnych cnót jak pokora i cierpliwość, stąd hermetyczne dziecko jest strasznie trudne w obyciu. Trudności rodzi również, wspomniane wcześniej, przeświadczenie o wyjątkowości, czego efektem jest ubytek motorycznej zdolności do merytorycznej dyskusji. Brak rzeczowych argumentów dziecko kamufluje politowaniem dla rozmówcy (poza „jesteś debilem i nic nie wiesz, bo ja skończyłem(am) studia z tego, to wiem”), czasem agresją, a najczęściej pustym śmiechem. Trwogę budzi fakt, iż dziecko hermetyczne nie jest gatunkiem na wymarciu.





Łoł, ładny język, gratuluję.
Czytając pierwsze linijki już rozważałem jak uderzyć w kontrofensywę, bo pomyślałem „kurde, będzie o ludziach mojego pokroju”. Lecz kończąc uznałem, że w życiu nie spotkałem dziecka hermetycznego z krwi i kości. Można debatować nad wyższością filozofii ludzi ambitnych od tych ceniących sobie spokój. Ale prawdą jest, że ekstremum w tej czy drugiej drodze życia prowadzi w prostej linii do zguby. Do tego brak pokory zawsze wiąże się ze sporym ryzykiem porażki, niezależnie od tego kim się jest. Smutne jeżeli autor naprawdę zna sporo osób tego pokroju.
Artykuł z pewnościa napisany przez osobę, która stadjum Dziecja ma juz za soba, a przynajmniej tak mysli. Rodzaj autosadyzmu połączony z egoistyczną spowiedzią osoby podobnej do przedstawiciela wykształconej klasy wyższej, Gerald’a Pincher’a z Little Britain. Ukazuje zawężone horyzonty autora któremu chyba do głowy nie wpadło, że w naszych czasach istnieją ludzie bezdomni w wieku 20 lat (zjawisko szczególnie nasilające się w Japonii po kryzysie) nie dlatego, że ich „zaradność życiowa oscyluje na poziomie ulicznego krawężnika” tylko poprostu mieli cholernego pecha. Ja sam znam przynajmniej kilku takich co sie swoja ciężką pracą dorobili ale dletego że lukratywną posadkę załatwiła im mamusia bądź tatuś. I kto tu niby jest Dzieckiem? Ktoś kto żyje na ulicy, z rodzicami lub dziadkami bo go sytuacja do tego zmusiła czy beneficjent nepotyzmu? Tak łatwo oceniać po pozorach.
„Artykuł z pewnościa napisany przez osobę, która stadjum Dziecja ma juz za soba”
Śmiem twierdzić, że nigdy go nie miała. Owego stadium.
„Rodzaj autosadyzmu połączony z egoistyczną spowiedzią osoby…”
Wyrzucenie z siebie tej notki nic mnie nie bolało, wręcz przeciwnie sprawiło mi wielką ulgę. Ale nikogo nie nakłaniałem do czytania, stąd moja spowiedź (jeśli można to tak nazwać) nie była egoistyczna a tym bardziej małostkowa, bo chyba o to komentującemu chodziło.
„Ukazuje zawężone horyzonty autora któremu chyba do głowy nie wpadło, że w naszych czasach istnieją ludzie bezdomni w wieku 20 lat (zjawisko szczególnie nasilające się w Japonii po kryzysie) nie dlatego, że ich „zaradność życiowa oscyluje na poziomie ulicznego krawężnika” tylko poprostu mieli cholernego pecha.”
Można chyba stwierdzić, że komentarz jest całkowicie chybiony i nie odnosi się do meritum mojego tekstu. Właściwie nie wiem jak się odnieść do powyższego. Bezdomne japońskie dzieci… W Chinach, sto pięćdziesiąt milionów małych obywateli tego kraju tuła się w poszukiwaniu pracy. I co z tego? Czy można ich nazwać hermetycznymi? (swoją drogą zaczyna mnie rozpierać duma, że w nomenklaturze powoli używa się epitetu mojego autorstwa). Oczywiście, że nie. Moim celem było zwrócenie uwagi na jednostki, które rozpościerają wokół się aurę zajebistości, gdy tymczasem jest wręcz przeciwnie. A owe jednostki tego nie dostrzegają, będąc całkowicie oślepione wyimaginowanym blaskiem, który jest dostrzegalny tylko dla nich. Właśnie ich klęska wyraża się w zaradności życiowej, której są wręcz pozbawieni, wmawiając sobie, iż nie jest ona taka ważna. Stąd, po prostu, nawet jeśli Dziecko ma pecha, to pech jest zawiniony Dziecka postępowaniem – w większej lub mniejszej mierze, to nie jest istotne.
„Ja sam znam przynajmniej kilku takich co sie swoja ciężką pracą dorobili ale dletego że lukratywną posadkę załatwiła im mamusia bądź tatuś. I kto tu niby jest Dzieckiem? Ktoś kto żyje na ulicy, z rodzicami lub dziadkami bo go sytuacja do tego zmusiła czy beneficjent nepotyzmu? Tak łatwo oceniać po pozorach.”
Kolejny fragment do którego nie wiem jak się odnieść. Dzieckiem nie jest ten kto żyje na ulicy, mieszka nadal z rodzicami lub dziadkami. Dzieckiem jest ten, kto żyje z rodzicami z dnia na dzień, nie robiąc nic żeby ten stan rzeczy zmienić, lub kroki przez nią podejmowane są śmieszne i nie mogą przynieść większych zmian. Kiedyś, nareszcie, trzeba przestać studiować (a studiujemy żeby mieć dobrą pracę), tylko iść do tej pracy. Oczywiście, z miejsca nie będziemy zarabiać 5 000 zł i nie będziemy kierownikiem. Trzeba często zaczynać od szeregowych stanowisk, by piąć się w górę. Jeśli ktoś mi powie, że gadam farmazony, to ja powiem „chuj Ci w dupę”. Takie jest życie i każdego dnia trzeba walczyć i pracować, żeby było lepiej. A, że czasem trzeba robić paczki na magazynie lub robić kawę kierowniczce przy okazji odwalać za nią jej robotę, to cóż… życie.
Albo zaciśnie się zęby i będzie walczyć, albo można rozpłakać się i krzyczeć, że jest się biednym i że mamusia kolegi mu pracę załatwiła – co właśnie dzieci czynią.
A, nepotyzm. A czego się spodziewałeś w prywatnej firmie? Oczywistym jest, że właściciel takiej placówki będzie zatrudniał kogo chcę, a jeśli to jego syn lub córka, to tym bardziej. Jeśli w jakieś korporacji mamy szefa działu, to pewnie że będzie zatrudniał tam swoich ludzi ze swojego otoczenia. Jest to dla mnie tak oczywiste, że nie chcę mi się tego komentować.
I faktycznie, łatwo oceniać ludzi po pozorach. Zwłaszcza, kiedy potrafi sie czytać ze zrozumieniem jedynie instrukcje obsługi…